Współukrzyżowanie z Chrystusem

Fot Sxc Hu Raichinger

W życiu większości z nas pojawił się Jezus i mogliśmy pójść za Nim. Rozpoczęła się relacja z Jezusem, więź z Jezusem. Wielu z nas doświadczyło tej niesamowitej przemiany charakteru, myślenia, pragnień – przemiany, która jest rezultatem tej więzi z Jezusem – tego co słowo Boże nazywa trwaniem w Jezusie.

Dzięki tej relacji z Jezusem jesteśmy zbawieni i mamy pewność zbawienia. Niczego nam nie brakuje. Ale przypatrując się temu mojemu trwaniu w Jezusie, które jest takie kluczowe, niestety miałem wrażenie, jakby coś się czasami nie kleiło w tej relacji, jakby coś “nie stykało”. Szczerze mówiąc, musiałbym to moje “trwanie w Jezusie” nazwać raczej “ocieraniem się o Jezusa”, o Ducha Świętego.
Są takie rzeczy w życiu chrześcijanina, które jeśli je zrozumie, to przenoszą nagle jakby “1000 kilometrów dalej” w relacji z Bogiem i w życiu z Nim, zaś bez ich zrozumienia, choćby podejmowało się starania, stoi się w miejscu. Chciałbym zwrócić uwagę na jedną z nich, bardzo mocno podkreślaną w słowach Jezusa i apostołów, a której my niekoniecznie poświęcamy odpowiednią uwagę i to na niekorzyść dla nas. Przedstawiają ją słowa z Listu do Rzymian 6,5

“Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie”.

Często chcemy mieć udział w tym, co się tyczy mocy zmartwychwstania Jezusa, chcemy doświadczać Jego obecności, przemiany charakteru, mocy i darów Ducha Świętego, wszelkiego pokoju, radości, szczęścia czy upodabniania się do Jego życia – i słusznie. Łatwo jest tego chcieć.  Ale przy tym gdzieś pomijamy udział w Jego śmierci, upodobnienie się do Jego śmierci. Nie jest łatwo nam tego chcieć. Tymczasem Paweł podkreśla, że to jest nierozerwalnie związane. Jezus umarł i zmartwychwstał, i nie da się skorzystać z tego wybiórczo, bo doświadczanie mocy zmartwychwstania jest nierozerwalnie związane z doświadczaniem śmierci w Jezusie. Znamy wezwanie Jezusa, w którym mówi:

 “Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

“Wziąć swój krzyż” bywa różnie interpretowane. Po co Jezus wziął swój krzyż? Jezus wziął krzyż, żeby na nim umrzeć. Mówiąc, że my mamy też wziąć swój krzyż, ma na myśli, żebyśmy umarli tak jak On. Nie da się pójść za Jezusem pomijając ten punkt. Jeśli chcesz iść za Jezusem, musisz też z Nim umrzeć. Jezus szczególnie chciał to podkreślić. I w świetle tego wydaje się oczywistym, że jeśli nie rozumiemy tego wezwania do śmierci, to coś nie działa, coś nie klei w naszym podążaniu za Jezusem. Jezus chce nas zaprowadzić na krzyż, a nam to nawet przez myśl nie przechodzi, i coś się cały czas “rozjeżdża”, bo my próbujemy uciec od tej śmierci.

Na czym polega ta śmierć? W jakim sensie mamy tą śmierć ponieść? Jest ileś sposobów, na które można to zrozumieć kompletnie źle. Jest też ileś sposobów, na które można to pojęcie spłycić – na niekorzyść dla nas. Nie trudno mi wyobrazić sobie Jezusa mówiącego, tak jak niegdyś do faryzeuszy: “Idź i staraj się zrozumieć, co znaczy umrzeć razem ze Mną”. I w zasadzie do tego chciałbym najbardziej zachęcić – do głębokiego, osobistego zrozumienia, co Jezus miał na myśli przez tą śmierć, przez wzięcie krzyża. Każdemu z nas powinno osobiście na tym zależeć, bo to jest kluczem do doświadczania mocy zmartwychwstania Jezusa w naszym życiu, kluczem do tego, by życie Jezusa przejawiało się w pełni w naszym życiu. Paweł tak napisał w swoim liście do Galatów 2,19b-20a:

„Razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.”

Ilekroć udawało mi się w ostatnim czasie bardzo dosłownie pojąć tę śmierć, tylekroć doświadczałem  wolności, zrozumienia, pokoju i niesamowitej ulgi. Miałem pewność, że  właśnie o to chodziło Jezusowi, że to właśnie miał na myśli Paweł mówiąc “teraz już nie ja żyję, lecz żyje we Mnie Chrystus”. Moje życie już się skończyło, już mam to za sobą, już dokończyłem biegu. Nie ma już mojego chcenia, niechcenia, nie ma już moich ambicji, braku ambicji, mojej niecierpliwości. Cały ten ziemski mozół już dobiegł końca. Już nie mam o co się kłócić, szamotać, niepokoić, niecierpliwić, już umarłem. Nie ma już moich spraw. Moja wola, wszystko, co pochodzi ze mnie nie ma już racji bytu. Teraz Jezus żyje przeze mnie i On ma miejsce we mnie, żeby żyć przeze mnie.

Zaskakujące, jak wiele wolności to wprowadziło w moje życie. Wydawałoby się, że nie ma nic bardziej ponurego. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Kto w ten sposób straci swoje życie, ten właśnie je znajdzie. Teraz Jezus może żyć przeze mnie, ma miejsce we mnie, i to jest dopiero prawdziwe życie.

Ale ta śmierć nie odbywa się tak, że teraz sobie powiem “dobra, to ja umarłem” i załatwione. Jest w nas coś, co wcale nie chce umierać. Tak naprawdę, gdy ma dojść do śmierci, wszystko w nas wierzga, żeby tylko nie umierać. Spójrzmy na dwa wątki z Ewangelii, gdzie można się tej śmierci przyjrzeć – śmierć Jezusa i śmierć Piotra. W każdym z tych wątków mamy do czynienia z pewnym “miejscem”, gdzie do tej śmierci dochodzi, gdzie ta śmierć się rozgrywa.

Jezus umarł fizycznie na krzyżu. Ale nieco wcześniej miał miejsce moment, gdzie ostatecznie zaparł się siebie, uległ woli Ojca. W pewnym sensie Jego śmierć rozegrała się właśnie tam.

„Potem wyszedł  i udał się, według zwyczaju, na Górę Oliwną; towarzyszyli Mu także Jego uczniowie. Gdy przyszedł na miejsce, rzekł do nich: “Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie”. A sam oddalił się od nich na odległość około rzutu kamieniem, padł na kolana i modlił się tymi słowami: “Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich. Wszakże nie Moja wola, lecz Twoja niech się stanie!” Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i pokrzepiał Go. Pogrążony w udręce, jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi sączące się na ziemię.” Łk 22,39-44

Tym miejscem, gdzie rozegrała się śmierć Jezusa, było miejsce indywidualnej modlitwy. To była walka, to nie trwało chwilę. “Nie moja wola, lecz Twoja wola” – tak brzmią słowa modlitwy tego, który zapiera się siebie. Jezus wzywał uczniów, by się modlili razem z Nim. Nasze umieranie w Jezusie też często rozgrywa się na indywidualnej modlitwie. Jak wygląda twoja indywidualna modlitwa? Ma coś wspólnego z zapieraniem się siebie, z umieraniem?

Zachęcam Cię, zatrzymaj się na twojej modlitwie, namiocie spotkania, odstaw wszystko, wszelką niecierpliwość, wszelkie warunki, wymagania. Zrozum, że umarłeś. Czekaj na Pana, szukaj Jego, przylgnij do Niego, aż całe twoje wnętrze powie JEDNYM GŁOSEM tak jak Paweł: „teraz już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”.

Z Piotrem było nieco inaczej. Przespał modlitwę, wyparł się Jezusa, za trzecim razem nawet się przy tym zaklinając. Wyparł się Jezusa, swojego przyjaciela, z którym chodził trzy lata, któremu jeszcze przed chwilą wyznawał, że choćby miał z Jezusem UMRZEĆ, nie wyprze się Go. Ale nie wyszło. My teraz wiemy, że to wszystko się potem dobrze potoczyło, ale on tego wtedy nie wiedział. Ciężko sobie wyobrazić jak źle, jak gorzko musiał się z tym czuć. Dla niego to był koniec. Znalazł się w “miejscu” totalnego zrezygnowania, jak czytamy w ostatnim rozdziale Ewangelii Jana. Doszło w nim do pewnego rodzaju śmierci, już nie był tym nadgorliwcem pewnym siebie. Ale Jezus z nim nie skończył. Sam przyszedł do niego wyciągnąć go z tego dołu. Może też zawiodłeś Boga już tyle razy. Może też się zarzekałeś już tyle razy. Może już nawet popadłeś w totalne zrezygnowanie. W naszym życiu Bóg czasami dopuszcza do takich “sytuacji sprzyjających umieraniu”, bo Bóg chce do tej śmierci w naszym życiu doprowadzić, bo to jedyny sposób na upodobnienie nas do Jezusa. Nie traktuj takiego momentu jako porażki i końca. W tym miejscu zrezygnowania Jezus mówi do Piotra pewne słowa – J 21,18-19a:

“Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz.” To powiedział, aby zaznaczyć, jaką śmiercią uwielbi Boga.

I to jest moment, kiedy w Piotrze zaczyna się nowe życie. Jezus mówi do Piotra: teraz już nie ty będziesz żył, ale ktoś “inny” będzie żył przez Ciebie. Już skończył się czas robienia, co chcesz, teraz będziesz robił to, co chcę Ja. Widzimy potem życie Piotra, jaka w nim zaszła cudowna przemiana – i do tego doszło w miejscu jego kompletnego zrezygnowania.

Myślę, że to trochę od nas zależy, gdzie dojdzie do tej śmierci w naszym życiu, gdzie nas Bóg urobi. Bogu zależy, by do tej śmierci w naszym życiu doprowadzić, bo jest to jedyny sposób na upodobnienie nas do Jezusa.

Amen

Tomek

Spotkanie poniedziałkowe, 2013.03.18.